|
Blog > Komentarze do wpisu
Impreza powiatowa
...czyli tajemnice Domku nr 10.
Są takie begi, w których zdaje się, że wszystko sprzysięga się przeciwko Tobie. W Trzemesznie też mi się tak wydawało. Ale zacznijmy od początku. Nienawidzę autokarów. Bycia zależnym od innych ludzi. Lubię szybko dążyć do celu, a nie zatrzymywać się co pół godziny na siusiu. Ale do Trzemeszna postanowiłem pojechać Gymnasionowym autokarem. Tak było taniej, a i prowadzić w piątkowe popołudnie jakoś mi się nie chciało. Wyruszyliśmy w miarę sprawnie o 15 z malutkimi minutami. Miłe zaskoczenie :). Po drodze umęczyłem się strasznie fizycznie, ale o dziwo zatrzymywaliśmy się tylko raz i po pół godzinie wszyscy karnie się stawili i wyruszyliśmy. Dojechaliśmy na halę sportową, zarejestrowaliśmy się i pojechaliśmy na kolację. Naprawdę miłą niespodzianką było danie makaronowe w dzień przed biegiem. A potem do domków. W domku nr 10 trafiło mi się naprawdę fajne towarzystwo. Cały wieczór gramy ostro w Cashflow 101. Chłopaków to tak wciąga, że spać idziemy koło drugiej. A i tak każdy myśli jak mógł lepiej zainwestować...
8.10 Pobudka. Lekko czuję niedospanie, ale trudno. Organizm już się przyzwyczaił do deficytu snu. Pierwszy minus - niedospanie. Śniadanie. Drugi minus - czuję, że zjadłem za dużo, na szczęście do biegu jeszcze prawie 3 godziny. Przebieram się i wychodzę na rozgrzewkę. Trzeci minus - jest mi strasznie zimno. W nocy wymarzłem w domku, dodatkowo spadł śnieg, a ja nie wziąłem rękawiczek. Pierwszy plus to niesamowicie piękny dzień. Słońce, podkreślane przez śnieg, lasy... Dawno nie biegałem w takiej scenerii. Tegoroczna zima, to raczej plucha. Zdecydowanie częściej grzęzłem w blocie, niz cieszyłem się śniegiem. Więc pogoda zdecydowanie na plus. Na starcie prawie 600 biegaczy z całej Polski, ale też z Litwy, Niemiec. Fajne oderwanie się od biegania w Warszawie w grupie ciągle tych samych osób. Choć oczywiście wielu z nas tam było, ale fajnie było zobaczyć też jakieś inne koszulki. Wciągam żel. Czwarty minus - za wcześnie. Czuję energię przed startem. Powoli ruszamy ze startu honorowego. Żarujemy, że przechodząc z marszu do truchtu robimy zabójcze interwały, kiedy stajemy, że te 15km jakieś krótkie w tym roku. No i zaczyna się... Pierwsze metry tradycyjne wyprzedzanie w tłoku, przesuwam ię do grupy, która biegnie w moim tempie, ale biegnąć po prawej zewnętrznej stronie drogi - lekko ucieka mi prawa noga. Jakoś krzywo ją stawiam. I na pierwszym kilometrze czuję lekkie ukłucie w kolanie. Muszę zwolnić - piąty minus. Na szczęście po kilkudziesięciu metrach biegu w normalnej pozycji wszystko wraca do normy. Wbiegamy do lasu. I czuję, że moje startówki kupione na asfalt nie mają dość przyczepności. Biegnę, nawet szybko, ale nie mam odbicia. Szósty minus. Mam dość startów, mam dość biegania. Męczę się ze sobą strasznie. Na szczęście jest wokół tak pięknie, że jakoś mnie to trzyma. Nie znam trasy, więc zastanawiam się gdzie jestem. Pewnie gdzieś za 3km. Czuję znużenie psychiczne. Po co się tak katuję? Nagle przy drodze zauważam stojak z oznaczeniem "6km". O! Już? Czy w każdym biegu ja przez pierwsze 6km muszę umierać? Do 9km biegniemy w peletonie. Nawet wymieniamy jakieś uwagi, dajemy sobie zmiany trzymając tempo. Przy punkcie odświeżania chwytam herbatę, piję dwa łyki, resztę muszę wylać. Baaaaardzo dobra herbata :) Dziękuję. Już z tej fazy męczenia się wszedłem na etap medytacji. Przy 10km patrzę na pierwszy raz na pulsometr. Stara Sigma robi mi różne numery. Teraz pokazuje czas 45:50. Dostaję motywacji. Biegnę z entuzjazmem. Od pierwszych kilometrów nastrój zmienił się diametralnie. Wiem, że idę na dobry jak dla mnie wynik. Zaczynają się podbiegi i oblodzenie. Wiem, że nie utrzymam tempa 23min/5km, ale walczę. Jest świetnie. Mijam jakiegoś Maniaca z Poznania, którego goniłem od początku. A nasz peleton się rwie. Niektórzy mi odskakują, niektórzy zostają. Ja biegnę, staram się równo i szybko. Czuję lekkie zmęczenie, ale co tam. Zbliżam się do mety. Na ostatnim kilometrze znowu się ślizgam, próbuję się lepiej odbić, ale nie mogę. To nic. Walczę jak mogę. Już słyszę spikera, już poznaję okolicę. Na ostatniej prostej wykrzesuję jeszcze z siebie resztki na finisz. Wpadam. Pulsometr pokazuje, że złamałem 1:10, ale czy można mu wierzyć? Na mecie czeka na nas medal, piwo, izotonik, herbata, chleb ze smalcem i grochówka. Choć nie lubię grochówki (ostatnią jadłem w 87 w NRD), to jednak daję się skusić i nie żałuję. Po biegu smakuje znakomicie. Pewnie gdybym był w nastroju z początku biegu to narzekałbym, że znowu zrobiłem ten sam błąd i nie zakleiłem sutków plastrem, albo, że ostatnie 2km biegłem z kamykiem w bucie. Byłyby to kolejne minusy. Ale wszystko przyłania kolejna życiówka: 1:09:25 !!! Jest cudownie. Doceniam urok powiatowej imprezy, ochotniczą straż pożarną, swojskie posiłki regeneracyjne, a nawet zespół Świerszcze na ceremonii rozdania nagród. Jest pięknie. Od serca. Bez manieryzmu. Tak po prostu. Gratulacje i podziękowania dla organizatorów! poniedziałek, 18 lutego 2008, dostatos
|
|